Czas goni nas…. a my uparcie gonimy czas…

Co nas wyznacza? Co określa? Dzielę się na etapy… wyznacza mnie cezura czasowa przeżyć… doznań… wzlotów i upadków… myśli zabłąkanych i odnalezionych… wyznacza mnie więc CZAS … sprzymierzeniec…. i wróg…. zależy po której stronie lustra stoję…. zależy na czym zawieszam oczy wyznaczając azymut… zależy czy go wykorzystuję czy marnotrawię… nie wykorzystując tej jednej jedynej sposobności… co zemści się jak los na loterii i… przejdzie w obce ręce…

„Uważajmy na marzenia, bo mogą się spełnić”… to chińskie przysłowie plącze mi się po zwojach… właściwie jest i zasiedziało się we mnie… a ja się zastanawiam, co jest marzeniem, co jest pragnieniem, co jest tlenem… co skarbem… którego znaczenia nie zauważam, albo jeszcze nie odnalazłam… albo poplątało mi się w łepetynie i odeszło z wczorajszym zmierzchem… co zostanie po wsze czasy a co tylko mrzonką jest pięknie ubraną w uśmiechy niczyje… co w darze ześle mi CZAS…

Pamiętam taką jedną dedykację z książki… Alchemika Coelho od D. na któreś z moich urodzin.. ” Abyś życie przeżyła na poszukiwaniu… Odnajdź swoją legendę… albo stwórz ją… i na pewno pokochaj…” Więc tak sobie zapieprzam przez życie ( właśnie, że zapieprzam, a nie idę …)… szukam i tworzę… albo legenda tworzy mnie… Mam coraz większe oczy od zdziwienia… barki się poszerzyły na wielkość plecaka ze stelażem… ludzie jak łaty zostawiają ślady w sercu… wypełniam się, dopełniam.. bądź zanikam… i zapieprzam….dalej… nie zważając na CZAS

Czasami… choć prawie potykamy się o coś… nie zauważamy sensu, siły, mocy i znaczenia tego czegoś… W życiu… nic nie dzieje się przypadkiem… Wszystko jest po coś i dlaczegoś…A ja się zastanawiam dlaczego ten u góry- Niewidzialny, całe życie daje nam lekcje…. czasami tak bez wytchnienia… dzień po dniu… miesiąc po miesiącu… rok w rok… bije po łapach.. targa za uszy… to z nów ni z tego ni z owego klepnie po plecach przyjaźnie… i wtedy chwila oddechu… jest błogosławieństwem… a człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego… chciałoby się rzec… chwilo trwaj… no niestety… aż tak dobrze nie ma… Jak czar…szybko prysł… darowany CZAS…

Czas goni nas…. a my uparcie gonimy czas… taka zależność jest chyba wpisana w naturę… On umyka nam, płynie przez palce…jak ziarenka pisaku rozsypują się chwile…ważne momenty… a my umykamy jemu… szukając, doznając, chłonąc… wyprzedzamy go o krok chęcią… wiarą… i radością pomieszaną ze szczęściem… Tak naprawdę to chyba tylko te uczucia zatrzymują go w miejscu… i dają choćby pozorną możliwość zapanowania nad jego upływem… wszak szczęśliwi czasu nie mierzą….

Tak mi dziś…hm…nawet nie umiem nazwać.. Jakbym stała w bańce mydlanej.. a obok płynął świat swoim rytmem… i ja w nim- a jednak bez jego pędu…… wszechogarniający TUMIWISIZM… przykuł mnie dziś do rzeczy, które zawsze przegrywają z czasem… obowiązkami, przymusem… powinnością… dziś…kiedy świadomie CHCE MI SIĘ NIC… czuję się jak KRÓLOWA ŚWIATA… mogę wszytko…więc….NIE ROBIĘ NIC…. bez żadnych wyrzutów sumienia… (o dziwo się udaje) CZAS dziś jest nieistotny….

Jesteśmy zakładnikami… w trybach tego co wypada… co nas otacza… co należy… a ja dziś aspołeczna czuję się wyśmienicie… świat płynie obok… obok świata płynę ja… nic mi nie przeszkadza… ja nie przeszkadzam niczemu… i…. najważniejsze nie przeszkadzam sobie… zgadzam się ze sobą, nie toczę walk… nie tłumaczę… nie wymyślam… nie tworzę problemów gdzie ich nie ma… leniwa jasność umysłu… leniwa jasność widzenia… pozwala mi być leniwcem bez konsekwencji… i… wyrzutów sumienia… nie odmierzać CZASU…


Zamknąć oczy, dopiąć skrzydła…

Zamknąć oczy, dopiąć skrzydła… wybić się i wzbić… ponad codzienność, ponad wybory niezależne od nas, ponad szarość, ponad złote klatki, ponad szarpaninę z Panem Losem, który udowadnia co rusz czyja racja… Wzbić się … ponad siebie… zapędzoną Bóg wie w co i gdzie… I tak szybować i tak kołować… i tak oddychać stęsknionymi płucami … tlenu… Nabrać „nieznośnej lekkości bytu”… Napełnić duszę magią…. i tak trwać… bez względu, pomimo…na przekór gęsto często…

Słowa jak stare dżinsy bywają dziurawe… wystrzępione… ma to swój urok, lecz czy ma to klasę? Zależy co kto lubi… Osobiście stawiam jednak na klasę… dumę bez uprzedzeń… milczenie zamiast potoku nic nie znaczących zdań… życie… zamiast teatru… z rozpisanymi rolami… Szaleństwo prawdziwe zamiast spokoju, który jest w nieprawdziwej ramie… Prostoty zamiast karykatury odmienności na siłę….

Cenię prawdziwość, choć ta czasami łamie kręgosłup celnością trafień, nie lubię nadmiaru ani niedoboru… nie znoszę braku cywilnej odwagi, więc czasami nie patrzę w lustro w poczuciu… Nie znoszę chaosu, pomimo ze szybko żyję… czasami… Cenię siebie ale i chronię… więc bywa, że mówię „nie do widzenia”, wiedząc, że zadam ból zanim zapędzona w narożnik zacznę gryźć … Nie ubieram w piękne przymiotniki strachu, obaw… mówię wprost … kurwa jak ja się boję… ale mówię… To nie ucieczka… to szczerość, choć możne niezbyt dobrze rozumiana… mówiona wprost, bez koloratur…

Nie pojmuję nie słyszenia… nie słuchania rzeczy ważnych… przerywania wypowiedzi, wchodzenia w słowo byle się uzewnętrznić, przepuszczania jak przez sito z dużymi oczkami myśli, uczuć, wrażeń, doznań…. nie pojmuję, tym bardziej jeśli dotyczy to dwojga ludzi… którzy chcą zbudować wspólnie dom… ale czyim azylem byłby on ? Nie pojmuję braku wiedzy na temat partnerki/partnera pomimo upływającego czasu… braku wyczucia i przeczucia i chęci poznania. Byle tylko mówić, mówić a nie poznać… Nie dosłuchać i biec dalej byle pierwszym do jakiejś irracjonalnej mety.. Jak chomik w kołowrotku…byle dreptać nóżkami… A gdzie cel…? Jaki on…Czy puste przebiegi…to meritum..hm… mety?

Dlatego czasami, choć wydaje się to niemożliwym, nieludzkim, niegrzecznym… idę dalej pozostawiając za sobą NIC… i nikt mnie nie zatrzyma… a jeśli nawet… to umrę usychając.. I niby wszystko jest ok… a ja czuję się jakby moją skórą był bluszcz… Duszę się, a od wiecznego głaskania mam niegojące się rany… wciąż otwarte… Czasami sadzimy piękne kwiaty, niby zdrowa sadzonka a się nie przyjmuje… wystarczy tylko zmienić ziemię… i odżywa… choć niby i to ziemia i to ziemia… Czasami tak jest z ludźmi ,zauroczenie mylimy z miłością i im szybciej się do tego przyznamy tym lepiej, dla obydwu stron… Cenię prawdę, pomimo ze boli… pomimo pytań DLACZEGO, wbijania w poczucie winy, odchodzenia od zmysłów… picia pod publikę…pomimo żalu… ale za czym? Za pieskiem co uciekł ze smyczy? Czy za kluczem, co okazał się niewłaściwym do tych jednych drzwi?


wybić się i wzbić…dosięgnąć miliardów gwiazd…

Ułomność człowieka dodaje mu rysu człowieczeństwa… Chowanie się w niej, na przekór bez nauk, wciąż… odbiera mu mądrość… przepracowanie jej to siła, trwanie w niej to słabość… Wszystko to kwestia pragnień, priorytetów, swoistej filozofii życia… Moja jest taka… i jest dla mnie ważna… bo jest mną… moją i nie dam jej sobie odebrać… nikomu i niczemu w imię .. no właśnie czemu? Fikcji? Ułudy ? Czy ciągnięcie czegoś na siłę wbrew sobie, wbrew swoim przekonaniom to grzech wobec ludzkości, czy wobec siebie… egoizm czy mądrość wynikająca z doświadczenia? A ja… ja jesiennie już odmierzam czas… Mżawka obmywa moje niepokoje… rozświetla umysł, pozwala zauważyć rzeczy ważne… ominąć drobiazgi…. Nie przestrasza mnie samotność ( choć to pewnie kwestia wprawy) w pojedynkę, lęk budzi samotność we dwoje… obok siebie jakby za szybą…blisko fizycznie… mentalnie tak daleko jak niepoznane galaktyki?

Kiedyś.. odnajdzie mnie moja czarodziejka… zanim wypowie słowo, ja będę wiedzieć nie wiedząc, w spojrzeniu odnajdę blask miliardów gwiazd… i stanie w moich drzwiach… jeśli nie w tym życiu…to w kolejnym…ale na pewno… Magi się nie tworzy….ona albo jest albo jej nie ma… nie chcę jej szukać… chcę jej nie przegapić… I z lęku przed samotnością nie zostanę na siłę gdzie mi nie po drodze… Słowa to nie wszystko… są jeszcze gesty… spojrzenie, mowa ciała… chemia…bądź jej brak…zapach…który nasz nos przykuje do jednego miejsca… Poezja…to nie wszystko… choć pięknie mówi się wierszem… w prozie życia nie zdaje relacji… tragifarsa…komediodramat…próżnia…

Całe życie, chciałam dosięgnąć ideałów… Poprzeczka zawieszona ponad możliwości uczyła samozaparcia i wytrwałości… Ambicja i duma podnosiła z kolan nie czekając na jakieś ramie… nie licząc na wsparcie, nie licząc na podział bólu i żalu na ileś istnień ludzkich… musiałam i chciałam dźwignąć się sama… bo tylko wtedy miałam pewność że przetrwam…że dam radę… że jeszcze się kiedyś szczęśliwie uśmiechnę nie warunkując tego czyjąś obecnością…bo ta bywa… ale nie zawsze jest… a ja nie bywam.. ja zawsze ze sobą jestem… Jestem tym, jaką siebie stworzyłam… Jaką chciałam być….kim chciałam być… choć kurz z przetrzepanej skóry poleciał nie raz, dziś…daje mi to siłę powiedzieć NIE! lub Tak!…. i chciałabym aby moje wybory i decyzje były świadome.. ciągle się uczę, ciągle chcę…. nie mogę zostać w miejscu…które odczuwam jako nie moje…to wbrew mojej naturze…. a ta jak krew… nas określa…

Marzę…wciąż marzę… te marzenia napędzają mnie w codzienności… „kiedyś znajdę dla mnie dom… z wielkim oknem na świat… znowu zacznę ufać mi… nie pozwolę mi się bać…” Nie jestem aniołem… nie jestem złotem… jestem zwykłą babą… która wie czego nie chce…. a szuka tego co chce… która idzie i moknie… nuci pod nosem piosenki…. głowę zawiesza w chmurach… i tańczy kiedy ma na to ochotę… milczy… kiedy brak słów właściwych… chłonie ciszę…. kiedy wszystko w niej aż kipi… Jestem zwykłą kobietą…. która chce pokochać jak kiedyś niezwykle-NIEZWYKŁĄ… od…pierwszego piorunu w oczach…. i nie zmanipuluje tego tylko pięknymi słowami… kanarek w klatce przestaje śpiewać….

Wiem… wiem dobrze…. wiem… że spotkam…nie planując tego… w najmniej oczekiwanym momencie…. w najmniej właściwym miejscu… w najmniej właściwym czasie… i pokocham… choć tego słowa panicznie jak ognia unikam… od jakiegoś czasu… by…nie zadrwić…nie bawić się… nie szafować… byle siebie nie zapętlić w nieprawdziwości uczuć… jeśli zdam sobie z tego sprawę… odejść wcześniej…. by nie zrobić krzywdy jeszcze większej później… Tak… tęsknię… tęsknię ogromnie… za …. samotnością w pojedynkę… to czas na życie do poprawki… na naukę…chłonięcie… poznawanie… na oczekiwanie…. kroków po schodach… skrzypnięcia drzwi… na to jedno jedyne spojrzenie… face to face… w niezapisanym i niewypowiedzianym słowie… a przeczutym zanim oczy się skrzyżują… wierzę że tak będzie… tak


Jeśli istniejesz NAPRAWDĘ znajdę Cię…

Jeśli istniejesz NAPRAWDĘ znajdę Cię… Jeśli istniejesz gdzieś dla mnie… dotrę tam… Jak w niebo latawce wypuszczę z siebie marzenia… przemierzą galaktyki… podążą każdą strugą cienia… odnajdą każdy twój najmniejszy ślad… i znajdą Ciebie dla mnie… Przeszukam każdy centymetr ziemi… każdy szelest traw… szmer wody… świst wiatru… oddech dni… gdzieś musisz mieć dom… Musi gdzieś istnieć miejsce gdzie mieszka magia… Jeśli istniejesz… znajdę Cię abyś blisko była… zatopiona w moje rzęsy… w moje loki… we mnie jak w powietrze… poza rozumem, poza wiedzą, poza wszystkim…. zatopię się w Tobie… odnajdę przeznaczenie… Jeśli istniejesz… jeśli jesteś… jeśli masz być Moja… przypisana… przynależna… jak żyłom krew… trafię na Twój ślad… na brzmienie Twojego głosu… na drżenie powietrza w którym wyczuję ulotną nutę pożądania…

Znajdę Cię… przemierzę każdą minutę… każdą chwilę, przesypię każde uczucie i odczucie jak ziarenko piasku… Każde mgnienie oka…. odczytam każdy uśmiech… pobiegnę… zawrócę… poczuję… Jeśli jesteś…. dobiegnę… stanę w drzwiach… Jeśli istniejesz gdzieś dla mnie… przeszukam wieczność… każde światło… każdy las… przeszukam światy… i świty… i znajdę Cię…. Ciebie dla mnie… Ciebie Moją… Mnie Twoją… Mnie dla Ciebie… Mgłę co schowa się w moje oczy i zamieszka po drugiej stronie źrenic… Jeśli istniejesz dla mnie… to spotkam Cię… Nie mówiąc nic powiesz wszystko…. zawołasz… dasz znak… stworzysz go… otworzysz… będziesz na mnie czekać… na drugim krańcu tęczy…. Jeśli istniejesz Naprawdę…. znajdziesz mnie… opartą o zieleń drzew… wsłuchaną, zapatrzoną…. wyczutą i przeczutą… Jeśli magia istnieje NAPRAWDĘ , to zanim cokolwiek… zdarzy się wszystko… i nic… a jednak niebo zadrży… jedną chwilą zaczaruje los… i się nie pomyli… nie tym razem….

A ja tak siedzę i palę fajka za fajką… myślę… rozpamiętuję, wspominam… marzę… I tak rosnę w ramionach… kiełkują na plecach skrzydła… jak to u poczwarki co w motyla się zamienia… i… za chwile pofrunie w niebo… I nabieram oddechu w płuca… Oczy zawieszone w dali… szept zawieszony we mnie… ja zawieszona.. w próżni… uszy zawieszone na nutkach… i płynę… Zastanawiam się czy to, że zrodził się ileś czasu temu ideał.. .znaczy że jestem zbyt wymagająca? Zbyt upierdliwa? Ot hetera w ludzkiej skórze….? Nieprzystosowana do rozsądku, realizmu,codzienności?

A ja chciałabym tylko…. zachwytu… na sam dźwięk… na samą iskrę w oczach co niby przypadkowo się spotkają… chciałabym nosa szczęśliwego co zatopi się w zapachu z tyłu szyi… dotyku koniuszków palców co rozpalą ogień…Oddechu…co zabierze mój oddech…spłyci go i w rytm niemiarowy wprowadzi… Czy to tak wiele? Trwać i kochać… wykochać… i być… wykochaną.. tak aby każda osobna sekunda była wiecznością, a razem… niezauważonym mgnieniem rozmarzonych oczu… W splecionych dłoniach odnaleźć moc… w duszy piękno… na twarzy błogość… w słowach ciekawość… odnaleźć siebie w sercu…

Dosięgnąć gwiazd… zrobić z nich korale… Z księżyca broszkę.. Z Drogi Mlecznej szal… Z nieba.. suknię… Tak ubrać lub z tego rozebrać… i wygłodniałymi oczami patrzeć… i chłonąć… i trwać… kołysać się … kołysać i czuć… wejść… wniknąć… poznawać… i jeszcze… i za chwilę… i mocniej.. i tymczasem… Dosięgnąć gwiazd…. rozpalić je i zapalić… miękkością ust…. pewnością dotyku.. pożądaniem i trwaniem… wilgocią … rosą… poranną mgłą… zagasić i otulić… i tulić i wtulić się… w ciszy… albo w krzyku… okrzyku… jęku… zadrżeć…..