Szukam kropel… szukam deszczu

Tak stanąć na szczycie… porozpinać skórę… i wykrzyczeć tęsknotę… pomiędzy wołaniem o szczęście… Tak przystanąć … odetchnąć… pofrunąć jak ptak… w tym jednym właściwym kierunku… Więdną słowa, grzęzną… czasami staną w gardle jak przysłowiowa ość… i nie potrafią wyjść… ale czasami.. czasami słowa przynosi wiatr …. albo liść co właśnie spada i niesie w sobie zapowiedź… natchnienie… szept… i wiarę, że te, które wyfruną nabiorą kształtów, barw i dźwięków… odpowiednich… dla „tu i teraz „…

Zrozumienie przychodzi nie zawsze od razu… wymaga kilku par butów, zelówek zdartych na bezdrożach… kilku piw wypitych jednym duszkiem…. wymaga nas, zapadniętych w siebie… bezgranicznie zatopionych we własne myśli oparte o przepaść.. wymaga nas otwartych na nowe… lub… zamkniętych przed niechcianym starym…

Trudno usłyszeć czasami najgłośniejsze…. bo …. najgłośniejszym echem odbijają się i tak słowa wypowiedziane szeptem… milczącym śpiewem niemych ust… które zamknięte lękiem serca, niedomówieniem nie głaszczą i nie kołyszą…

Gdzieś pomiędzy snami przechadza się marzenie… jedną nogą we wczoraj, jedną już w pojutrze… zawieszone, rozdarte…tak pół w jawie , a pół nie… cisza oparta o spokój… głos oparty o niebo… nic zawarte we wszystkim , wszystko zamknięte… w jednej drżącej dłoni…

Więdną słowa, grzęzną niepodlewane dobrą myślą…zasychają niewypłakanym płaczem… i tylko w żrenicach oczu jak po drugiej stronie lustra…obrazy… zaczarowane… nieustająco wciąż te same… bezustannie znajome…niecierpliwe… pytania, które nie powinny paść, odpowiedzi, które nigdy nie powinny być udzielone… i tylko oddech zatrzymany w oczekiwaniu na cud… coraz bardziej dusi… zamiast… przypomnieć smak…


Alchemia istnienia… czyli miłość, Los i Ona…

Siedziała wpatrzona w gwiazdy. Czas płynął swoim rytmem. Prowadziła niemą rozmowę z Losem, zasłuchana w siebie, zasłuchana we wszechświat co ją otaczał. Ceniła te chwile, kiedy płuca nabierały tlenu, spojrzenie zawieszało się na gwiazdach. Dłoń zastygła w półgeście, papieros co w niebo dym spokojnie wypuszczał i Ona. Ona i Noc. Ona i Cisza. Ona i Los, najlepszy adwersarz z jakim jej przyszło rozmawiać. Niepewność i tęsknota co rozpiera serce ogarnęła jej myśli. Wypuściła szeptem słowa, pytania przysiadły na skraju duszy. Oczywistość nie była dla niej oczywista. Wiedziała jednak jedno. Nie należy żyć przecząc sobie. To tak jakby w obcy karton ciała zamknąć swoją duszę, albo obcą duszę zamknąć w swoim ciele. Taki dysonans nie prowadził nigdy do niczego dobrego. Zastanawiała się nie raz czym jest miłość, próbowała ją nazwać, nadać jej kształt, określić bezmiar lub wielkość, dosięgnąć głębi i prawdy. Zastanawiała się czy prawdziwa miłość już za nią czy może jeszcze przed nią albo czy w ogóle ją przeżyła. Tyle niewiadomych przysiadało na krańcach rzęs. Zawsze wtedy jej spojrzenie biegło w niebo, a tam Los co na Srebrnym Rogalu przysiadł, machał do niej, wiedząc, że zaraz zacznie z nim rozmowę od podszewki duszy…

-Jak może być wielka miłość?- zapytała wpatrzona w gwiazdy z tęsknotą w głosie. -Miłość jest nieskończonością- nie ma wielkości, raz wpadając w serce zlewa się z kosmosem i kwitnie, zasiewa się, zaszczepia, zrasta z nami. Miłość jest taka, jakie miejsce zrobimy dla niej w naszym sercu. Miłość jest nami.- odpowiedział Los. -A jeśli serce nie jest gotowe na przyjęcie jej?- zapytała znów. -Serce? Popatrzył na nią zdziwiony. -Serce gotowe jest zawsze, bo jest Sercem. To tylko umysł z definicji zasiewa nas wątpliwościami. Bo widzisz -szepnął jej wprost do ucha- wszystko ma swoje przeznaczenie, każda droga ma swój cel, każda noc świt, każde serce swoją miłość, która kiedyś odnajdzie do niego drogę. Tylko nasz lęk, uzbrojony w każdą łzę tęsknoty, zaciera po niej ślady i zamyka nas przed odwagą sięgnięcia po marzenia. Bo jest lękiem i takie jest jego zadanie. Wyciągnął do niej dłoń, bez zawahania podała mu swoją. -Chodź- pokażę Ci gdzie mieszka miłość- powiedział cicho, prowadząc ją w stronę jeziora. W tafli zobaczyła miliardy odbitych gwiazd. Kątem oka, uchwyciła swoje spojrzenie, pełne blasku i niewypowiedzianej tęsknoty. Uśmiechnął się pod nosem. -Już wiesz gdzie mieszka miłość? -Tak- odparła wciąż nie dowierzając- we mnie… W tej jednej chwili z nieba oderwała się gwiazda. Zaczarowana jej światłem, wyszeptała jej swoje marzenia. Nie zauważyła, że Los z gwiazdą puścili do siebie oko, na koniec nocnej służby… Każdy ma swoje zadanie do wykonania. Każdy jest czyimś Stróżem. Każdy ma swojego Stróża. Tylko czasami oczy tak otworzyć trudno i zobaczyć, że to co najważniejsze dla nas jest w nas, albo nami, Magią, która czaruje razem z Losem nasze życie i dodaje odwagi sięgać po marzenia. Alchemia istnienia…

Pędzimy przed siebie, sprintem,często z zadyszką- nie zważając…i choć przystanąć i rozejrzeć się nie jest trudno, to w głowie dudni…nie teraz, nie wypada, mam czas,później, zdążę, nie wiem czy mogę, nie jestem pewna/pewny… Ten zwykły strach/wstyd/pośpiech ? zabiera nam radość… ogłupia… zubaża… oślepia i ogłusza.. oddala lata świetlne od chwil..w których możemy poczuć się szczęśliwi… A o szczęściu- wypada, należy, potrzeba, wskazane jest- myśleć i zagarniać je do siebie…

Szczęście- to specyficzny stan umysłu. Harmonia ducha z ciałem w miejscu i czasie… Myślę, że szczęście można zaprojektować we własnym umyśle. Być może będzie to grozić jakąś chorobą psychiczną, ewentualnie oderwaniem od rzeczywistości, jednak warto zaryzykować…Ta emocja dodaje nam siły, energii, hartu, woli..niemożliwe staje się możliwe..trudne prostsze…i nawet ci co niby nie potrafią tańczyć…tańczą na ulicy zasłuchani w wewnętrzną melodię serca… I nagle mam skrzydła i latam… a w dłoniach zatrzymuję czas co nie ucieka jak ziarenka piasku poprzez palce…

Szczęście to spokój w twórczym niepokoju, to odbicie w lustrze- przyjaciel roześmiany co wygląda jakoś tak znajomo..ma nasze oczy, to specyficzne wydęcie ust..nasze Ja…co jak brat bliźniak współodczuwa i nie ucieka…lecz wiernie przy nas trwa.. jak marzenia…z których nie powinno się wyrosnąć..nigdy…


Nie wstydzę się mówić

o szczęściu, wymawiam słowo- zaznaczając każdą literę z osobna… Mówię drukowanymi literami- wolno i wyraźnie… Szczęście.. mój chleb i moje powietrze, woda- niezbędność moja przetrwania- niezbędność do mojego uśmiechu… niezbędność mojego poczucia… niezbędność aby w tym szaleńczym pędzie nie uronić ani jednej chwili.. która może być przyczyną i skutkiem… celem i metodą…

„Szczęście jakże je łatwo spłoszyć lub zatruć..weź to szczęście w dłonie…jak światło osłoń od wiatru… „ Parafraza Iwaszkiewiczowej ciszy… zawsze aktualna… zawsze pod ręką…jak klucz… jak pin… jak mantra… zaprogramowanie pozytywne…

Urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą… jestem jedna, jedyna w swoim rodzaju.. Czaruję swój los… mam ciągły apetyt na radość… Kocham siebie.. kocham życie.. Jestem dzieckiem szczęścia… Jestem na tyle wspaniała, aby wspaniały człowiek mnie pokochał… na tyle dobra aby dobro przychodziło do mnie w odwiedziny bez anonsu… Na tyle szczera aby szczerością mnie obdarowywano… Zgadzam się na szczęście… Jestem chodzącym szczęściem… chodzącym uśmiechem… Mam prawo do miłości, zakochania, odczuwania tysięcy pozytywnych emocji…. A przede wszystkim… jestem otwarta na szczęście… nie opuszcza mnie nigdy, bo ja się czuję- jakbym Rzym na drugie imię miała… a wszystkie drogi do niego podobno prowadzą…

Z sieci… Szczęście nie jest stacją do której przybywamy… lecz sposobem podróżowania Szczęście jest jak słońce, czasami tylko trzeba poczekać na wschód…

Każdy chce szczęścia… nikt nie chce bólu… ale nawet tęczy nie można mieć bez małego deszczu… W swej naiwności, choć kolana zdarte i kręgosłup od razów boli czasami.. wierzę… na przekór, bo chcę… a kropla drąży skałę… a ja tą kroplą czy tą skałą?


Randka z Losem… czyli Los, Ona i życie

Przeciągnęła się leniwie. Świeża bryza osiadała na jej policzkach, ciepły piasek otulał jej bose stopy. Lubiła tak chodzić brzegiem morza, albo przysiadać na wydmach i patrzeć w linię horyzontu. Morze do niej śpiewało, nuciło piosenki z dna jej serca. Wiatr rozwiewał włosy, tańczył z nią w rytm fal. Odpływała myślami. Uwielbiała te podróże w głąb siebie. Uwielbiała to, co stawało na jej drodze w tych podróżach i te rozmowy prowadzone niemo bądź szeptem.

Mówią, że żyje się tylko raz. Pomimo całej oczywistości, to zdanie drga i dźwięczy w jej uszach jak mantra. Niezmiennie. Jak u Szymborskiej ” Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy” -pomyślała.. Zapytała Losu słowami poety – Gdzie jest ta granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna? -Granica, to nasze zwątpienia i słabości- odparł Los patrząc jej w oczy, jakby spojrzeniem chciał powiedzieć jeszcze więcej. To nasze „nie wiem” i „boję się zmian”.

-Musisz zamknąć oczy, wsłuchać się w ciszę, dotrzeć do krawędzi…- dodał. -A jeśli krawędź to kres? – zapytała. – Nie ma kresu, albo kresem jest wszystko. To czym będzie zależy tylko od Ciebie.- powiedział patrząc przed siebie. -Dlatego trzeba chcieć odnaleźć wodospad aby przejść na jego drugą stronę, zmierzyć się z kładką nad urwiskiem, dosięgnąć dłońmi czasu a potem- zawiesił głos na ułamek sekundy- potem zatańczyć kankana na linie rozwieszonej pomiędzy wczoraj i dziś. Na drugim brzegu majaczy JUTRO ,więc musisz odnaleźć okulary aby przyjrzeć się temu zjawisku. I wiesz co- dodał po namyśle- celowo wymień szkła z różowych na szare, z premedytacją, świadomie, bez zbędnych koloratur. Poczuj głębię.

Co ma być to będzie- pomyślała. Zaczarowana szeptem Losu zdała sobie sprawę, że tak oto zyskała jedną pewność- „JUTRO BĘDZIE” i tylko od niej zależeć będzie „JAKIE”. Nikt nas nie uszczęśliwi na siłę, nikt nie da recepty na szczęście i harmonię. Każdy jest inny, każdy ma inne pragnienia. Jedno co łączy wszystkich ludzi to to, że są NASZE, tylko i wyłącznie… i że należy o nie zawalczyć, czasami wbrew całemu światu. Zapragnęła z głębi serca zaśpiewać, uśmiechnąć się od „żołądka”. Pozwolić sobie wypowiedzieć zaklęcia. I już wiedziała, że już nigdy nie będzie tak samo.

Zasłuchana przyglądała się Losowi. Wyszeptał jeszcze z uśmiechem, zadowolony z kolejnej lekcji: -Żyje się raz,więc trzeba je przeżyć treściwie i szczęśliwe, w zgodzie ze sobą. Dostrzeżesz, że JUTRO uśmiechnięte przygląda się Tobie w lustrze… albo w morzu świeci dla Ciebie słońce… wbrew fizyce… to ta granica… po czym zamienił się niepostrzeżenie w lustro, potem w słońce, to znów w morze. Ile razy przymykała oczy, tyle razy przybierał inną postać, tego czego pragnęła i co ją wyznaczało… Z tyłu na plecach, w miejscu na wysokości łopatek, poczuła dziwne swędzenie, coś zaczęło rosnąć i łopotać… Tak bardzo chciała aby Los się nie pomylił…