Nieznośna ulotność bytu… czyli siedem grzechów…

Najbardziej pamiętam brak dotyku, niewypowiedziane słowa, nie złożone nigdy obietnice, brak pocałunku. Ze wszystkich rzeczy ważnych i mniej ważnych pamiętam samotność w tłumie… Boli najbardziej brak. Grzech zaniechania.

Pokazem slajdów przypominam sobie chwile. Uśmiech zawisł rozciągniętą między nami ciszą. Po drugiej stronie lustra weneckiego, toczyło się normalne życie. Ty i ja, ręka w rękę, wpółobjęte. Opartą głową na ramieniu przenikałam Twoją duszę. Krople deszczu spływały z włosów, brwi, poprzez rzęsy i nos na usta. Były mokre od języka, który nie wniknął w Ciebie, mokre od ust, które nie dotknęły Twoich. Imaginacja obłędu, imaginacja świata w czasie przyszłym niedokonanym. Grzech zaniedbania.

Muzyka rozlewa się we mnie każdym dźwiękiem, znaczy ślad, przyzywa świt, zaprasza dal. Tęsknię za tym co się nie wydarzyło, co mogło nastąpić a nie przyszło. Patrzyło tylko skupionym spojrzeniem, jakby się żegnając zanim przywitało. Jakby chciało zakrzyczeć, nie mogąc wydobyć dźwięku. Na wyciągnięcie ręki- a lata świetlne ode mnie. Zawieszona cienka lina nad przepaścią. Grzech zaprzepaszczenia.

Najbardziej pamiętam brak zapachu, co tak rozszerza nozdrza, wplata w myśli twoje gesty. Pamiętam brak kroków, zgrzytu zamka w drzwiach, gwizdka czajnika co wodę gotuje na kawę nigdy niezalaną. Najbardziej boli brak dni, co przecież nie nadejdą spełnianymi godzinami. Brak Ciebie staje się nieznośny, choć nigdy Ciebie nie było. Nawet nie wiem Kim jesteś, gdzie jesteś i czy w ogóle istniejesz. Grzech niedopełnienia.

Czuję w podskórnym biegu krwi twój puls. Echo serca co nie bije we mnie, prowadzi zakrętami w życie, kiedy się zjawiłaś nie zjawiając nigdy. Umysł spłatał figla tworząc obraz, nie połączył z czuciem i odszedł. Strony świata pomieszane, pomieszane zmysły, obudzone- choć w letargu nie będące. Nie poznanie tak nieznośne, że aż namacalne a przecież „niebrak” nie wypełniał próżni. Grzech uchybienia. Z całego tego obłędu w oczach i duszy, najbardziej pamiętam obłęd, oczy i duszę. Zapamiętałam ciszę, krzyk i płacz, co po policzkach spłynął oceanem utraconych nadziei. Najbardziej pamiętam pustkę, która zaprzyjaźniła się ze mną i opowiada mi o Tobie. Przystaję wtedy niezauważalnie, udając, że mnie nie ma, aby nie odkryto szaleństwa , które w sobie mam. Grzech niepoczytalności. Każdego dnia przywołując migawki, oddalam się od ziemi. Lecę w kosmos w poszukiwaniu mojej Galaktyki. Najbardziej wtedy lubię ten wiatr co do przodu pcha pragnienia. Rozgwieżdżone niebo miliardami gwiazd mruga do mnie tajemniczo. I nie wiedząc- wiem. Zakotwiczam wtedy na jednej z gwiazd i nie nazywam pustki. Nazywam wszechświat. Staram się nie pamiętać, że mogę nie zdołać go objąć. Grzech niepokorności…


Serce na półkę… byle do wiosny

Od jakiegoś czasu odłożyłam serce na półkę. Jak kolejną durnostojkę, którą co jakiś czas z przyzwoitości trzeba pozbawić kurzu. Odłożyłam, może wypłowieje, może zrośnie się z półką. Zapuści korzenie tym razem nie we mnie. Może bez serca odetchnę pełną piersią? Liczę na to. Nie będzie bolało, nie będzie się rwało, pozbawi mnie uczuć i odczuć, pozbawi mnie swoich skurczy jak kiedyś. Może tak dopiero dojdę do siebie, bo przecież gdzieś jestem. Tylko jeszcze nie wiem gdzie. Może tu, może tam, gdzieś- na pewno. Zawsze przez nie głupie idę pod prąd, nie zważam na mody byle jakie jakby to Adamiakowa zaśpiewała, przez nie zastanawiam się, piszę niepotrzebne scenariusze- a po co?

Zamknąć oczy, naciągnąć niebo na głowę jak czapkę, z chmury zrobić daszek- przyprószyć się śniegiem- i ot bałwan życiowy gotowy. Zimny, lodowaty, bez serca- ale za to z nosem z marchewki- oczami jak węgliki- ciemnymi, któremu wszystko jedno. No może prawie wszystko jedno- najlepiej żeby było zimno, bo ciepło roztopi- i bałwanek zniknie. Ot sezonowy stwór- ku uciesze tłumu… który minie po sezonowej zabawie w zimę… A później będzie kolejna zima i kolejna, a bałwan jak był tak i bałwanem pozostał… taka jego rola…

Okazuje się, że piekło to nie płonąca, wrząca otchłań ognia i cierpienia [...] Piekło jest wtedy, kiedy ludzie, których kochasz najbardziej na świecie, sięgają po twoją duszę i wyrywają ci ją. I robią to tylko dlatego, że mogą. (Jess Rothenberg – Po tamtej stronie ciebie i mnie) byle do wiosny…

Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz, chodź, pocałuję cię w trzecie oko, chodź, pocałuję cię w czoło, w głowę, w stopę, w pępek, w kolano, w knykieć, w sutki, w pępek, w duszę, chodź, pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. W samo serce. (Jakub Żulczyk – Zrób mi jakąś krzywdę… czyli Wszystkie gry video są o miłości) O miłości, napisano już wiele. Tyle definicji ilu ludzi. Każdy ją widzi inaczej bo… przez swój własny pryzmat. Miłość to subiektywizm naszych wewnętrznych oczu dziecka lub ich braku. Zastanawiam się wiecznie- czy lepiej aby się zdarzyła- nawet ta najtrudniejsza- czy lepiej aby nas omijała- jeśli ma nas powalić na kolana i odebrać nawet najmniejszą iskrę woli… A może te pytania to jak o pytanie o powietrze- mając do wyboru brak- lub smog… Z braku przecież umrzesz… Czy ta oczywistość jest odpowiedzią? Nie wiem. Do dziś nie wiem, choć tyle za mną pytań i poszukiwań odpowiedzi na nie. A może „Gdy ktoś kocha różę, której jedyny okaz znajduje się na jednej z milionów gwiazd, wystarczy mu na nie spojrzeć, aby być szczęśliwym. Mówi sobie: „Na którejś z nich jest moja róża…”( Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę), właśnie ta bezwarunkowość jest kwintesencją miłości?

Czy dla niej wszystko, czy przez nią wszystko a bez niej nic ? A może powinno się umieć do niej chłodno podchodzić, wrzucać ją w ramy, tak rzeczowo do niej podchodzić bez spontanu, bez tych wszystkich porywów serca, duszy i ciała? Ale czy dalej będzie to miłość? Czy dalej będzie to siła, która uniesie nas ponad ziemię i pozwoli dosięgnąć gwiazd, która pokona barierę dźwięku i przyniesie radość? Czym jest miłość, czy w ogóle jest? A może to wymysł tylko, fikcja, a może jednak inspiracja, magia i moc? Ot… kolejna jednostka chorobowa- nieuleczalna, z której nie chcemy się wyleczyć… nigdy???? Czy w ogóle zasadnym jest zadawanie pytania o jej istnienie i jej sens i czy dla nie warto zburzyć świat i na nowo budować? To chyba jak pytanie o krew w żyłach- jest czy nie jest, ma być czy nie… „Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija. Ale to niedokładnie tak. To skazujący i skazany. To kat i ostrze. I ułaskawienie w ostatnich chwilach. Głęboki oddech, spojrzenie w niebo i westchnienie: dzięki ci, Boże. Miłość – zabije cię i jednocześnie cię ocali. (Lauren Oliver – Delirium) Myśląc o miłości… nie wiem nic… tylko rymy plączą mi się po głowie… Sen rozpina się ze zmysłówdrżeniem powietrza jak z płaszcza…Rozbiera z nocy pozostałości wrażeń na milimetrach skóry niecierpliwością ciała…Dotyka powoli wilgocią porankanieme krzykiem usta….A tylko gwiazdy co na szyi jak korale zawisłyświecą nadal na dnie źrenicpółuśmiechem….


Do Wyjątku pójdę na przełaj… uśmiecha mnie…

Nigdy nie lubiłam tłumu. I pewnie nie polubię. Jest w nim coś co mnie przeraża, choć nie należę do płochliwego gatunku. Jednak wejdę w niego o ile w nim mogę nie przegapić Wyjątku, Szczególnego, Niepowtarzalnego. O ile zdołam w tej masie wychwycić, to Coś- co sprawi, że przystanę w miejscu i zacznę się przyglądać i przysłuchiwać. To cena, którą warto zapłacić aby nie przegapić- tego co w życiu może zdarzyć się raz. Jeden jedyny raz i nigdy więcej. A potem czego żałować? Tego, że się nie zgrzeszyło, czy tego, że się zgrzeszyło i otarło …? Odpowiedź jest jedna, dla mnie bynajmniej- ja siebie znam… Cena marzeń. Nieokreślona, niewiadoma, nie zawsze wygórowana. Czasami tak wielka, że tylko wewnętrzna siła pomoże unieść wielkość zapłaty. Ale i tak warto. Warto ponieść każde koszty za spełnienie marzeń, za otarcie się o głębię, o pewność, o istotę..

Zastanawiam się też, na ile siebie znamy. Podobno znamy się na tyle na ile nas sprawdzono. I coś w tym powiedzeniu jest. O dziwo nie jest pustym frazesem- jak tysiące „górnolotnych” mądrości wziętych z kosmosu, jak słowa używane tylko po to aby ich używać. Im bardziej zagmatwane, im więcej wielokropków za nimi, im bardziej wyszukane, tym lepiej. Maska, gra- pozór. Zabawa w życie, miłość, przyjaźń, zrozumienie, tęsknotę, metafizykę doznań strapionych dusz. Zabawa- nic więcej. Do słów nie dołączony obraz, nie dołączone emocje, okruch na stole, czajnik z wrzącą wodą, nie dołączone nic co sprawi, że nabiorą życia. Nic co sprawi, że nabiorą kształtu, ciepła dotyku, porywu serca i innych części anatomicznych ( żeby nie napisać dosłownie…) Napisane, powiedziane. Surogat decyzji, czucia. „Zamiastnik” prawdziwego oddechu, kropli potu, śladu nabrzmiałych żył na spracowanych dłoniach, przyspieszonego pulsu i odwagi aby zmierzyć się z rzeczywistością i wziąć przysłowiowego byka za rogi. Zasłona dymna przed prawdziwym życiem.

Strach przed decyzjami, strach przed wyborem, w końcu najważniejsze strach przed odpowiedzialnością… gołosłowny pustostan wnętrza… zamknięty w ładnych literkach.

Dlatego do Wyjątku pójdę na przełaj, ciszą zasłonię usta. Nie powiem nic więcej niż „wiem” i „nie wiem”. Zrobię, dotknę, poczuję, wybiorę, podejmę decyzje. Spocę się, zapłaczę, uśmiechnę, pobiegnę, zmęczę się, dojdę. Zostawię energię myśli, siłę uczynku, drżenie powietrza. Zostanie ślad wyryty… wyjątkowy, szczególny, niepowtarzalny- bez reguły, spoza ram , spoza limitów, spoza … a ze środka… z trzewi…