Rozmowy ze sobą… czyli podróż w głębię…

”Starożytni nie pisali nekrologów. U kresu drogi pytali tylko: „Czy kochał? Czy przeżył namiętność? Czy targały nim skrajności tak silne, że trzeba samemu ich doświadczyć, by kiedykolwiek móc zrozumieć ich sens? Czy postępował nielogicznie i pochopnie, często łamiąc reguły, by chronić coś, czego – jako nienamacalnego – nie mógł uchwycić. By chronić miłość?”. Jeżeli tak, odchodzi człowiek pełen nadziei i wiary. Odchodzi, pamiętając. Bo choć nie wszystko jest spisane na kartach, choć wiele pominięto, a może nie dostrzeżono, jego serce nigdy nie zapomni. A obraz sprzed jego oczu zawsze będzie tak samo wyraźny jak w tej właśnie chwili…” (Nina Reichter – Ostatnia spowiedź ) . . Jestem tu gdzie jestem. Jestem tym kim jestem. Szukam. Ciągle szukam. Czasami zastanawiam się czego i kogo, albo po co, albo dlaczego. Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu bo może wtedy zauważę coś jeszcze z innej perspektywy. Wąskotorowość mnie przeraża, poraża i odpycha. Odbiera sens. Wąskotorowość zabija moje „chcę”.

Są ludzie którzy całe życie żyjąc na krawędzi, w żyłach mają adrenalinę. Ona płynie, rozlewa się, uzależnia. Potem, kiedy przychodzi spokojny czas, nagle czegoś nam brakuje. Nie znajdujemy sobie miejsca. Jesteśmy jak na głodzie. Zaczynamy szukać, zastanawiać się, dążyć- aby była znów, aby dała nam siłę. Jest tym co napędza, popycha, wskazuje drogi- jest jednak czasami tym co gubi i zabiera zdrowy ogląd sytuacji. Jej pragnienie jest tak silne, że jesteśmy w stanie ponieść wielkie koszty-byleby tylko była. Czasami te koszty niestety są nieadekwatne i mając pozór, że zyskujemy coś- tracimy dużo więcej niż ten dreszczyk emocji był w ogóle wart. Niedojrzałość? Poszukiwanie głębi, ideałów, cholera wie czego jeszcze? Nie wiem. Ciągle nie wiem. Stara i głupia.

Zawieszam poprzeczki. Dla siebie i dla innych. Zwłaszcza dla siebie. I jak ten pajac czasami skaczę po tysiąckroć byle przeskoczyć i pójść dalej. Wyznacza mnie droga. Ta wewnątrz siebie na najniższe pokłady najbardziej. A tam jak w tygielku- wszystko. To co cenię, lubię, szanuję, kocham, co ważne i najważniejsze. Znajduję tam też to, o czym chcę zapomnieć, czego się wstydzę, co się zdewaluowało, co jest mętnym odpadem przeżytych dni i lat. I wtedy się trzymam kurczowo duszy, by nie popaść w odmęt. Strach? Wola walki, siła, moc? Dojrzałość, bo już wiem, z czym się to je? Nie wiem. Jeszcze nie stara ale wciąż głupia.

W poszukiwaniu utraconego czasu, wyruszam w drogę. Ale czy utracony można odzyskać? Mija bezpowrotnie, robiąc miejsce nowemu. A ten nowy jaki jest? Podszyty wyborami, pragnieniami, wiedzą o wczoraj, przypuszczeniem jutra? Jedno jest pewne. Jest jeszcze niepoznany do poznania. Przemieniam się wtedy w Tomasza, muszę dotknąć aby wiedzieć, ocenić, odnaleźć . Nabrać przekonania i ufności. Nic już nie ma ad hoc (choć prawdę mówiąc- nie zawsze). A szkoda. Pewna wiedza powinna być niezależnie. Powinna być i już. Bo przecież ja to ja. Ostrożność. Coś tak niepojętego dla mnie jak śnieg na Saharze, czasami mnie stopuje. Nie zawsze wtedy chcę zobaczyć, nie zawsze wtedy chcę usłyszeć. Boję się, że nie zrozumiem i zrobię z tą wiedzą nie to co trzeba. Strach? Brak odpowiedzialności, czy nadmiar? Nie wiem. Nie młoda a jednak ciągle głupia.

Niewiele wiem. Nie pozjadałam rozumów. Nie pochłonęłam wiedzy ze wszystkich bibliotek świata. O wielu rzeczach nie mam najmniejszego pojęcia. Nie znam się na wszystkim. Czasami stoję z rozdziawioną paszczą ze zdziwienia jak słup soli a jednak… uśmiecham się.


Czuję kiedy drży powietrze.

Widzę co wyziera oczami bezgłośnie mówiąc. Czasami zauważam tylko coś nienazwane. Gest nadaje obraz. Ton wyraża myśli. Błysk rozświetla mrok. Chłonę- każdą niewidzialną macką łączę się z wszechświatem. Im dłużej szukam, tym mocniejsza więź. Odpowiedzi zakodowane w znakach- coraz bardziej stają się czytelne. Szukam- szukając poznaję granice możliwości. Odczuwam. Im starsza- tym bardziej… a jednak ciągle zbyt głupia… aby przestać…

„Wtedy właśnie otwarła się pode mną głębia, która wstrząsnęła całym moim życiem. Straciłem równowagę. To był upadek bez żadnego ruchu. Siedziałem na szczycie łysego pagórka. Wokół siebie nie widziałem nic prócz przestrzeni. Jedynym odczuwalnym wydarzeniem był upływ czasu. Pełen spokoju nudziłem się. Obejmowałem kolana dłońmi i wtedy właśnie, nagle, bez żadnego ruchu, zacząłem spadać… Spadałem… Spadałem… Spadałem… Staczałem się w głąb siebie samego. Czy mogłem podejrzewać, że znajdzie się tam aż tyle stromych skał, aż tak zawrotne przepaście, że pogłos setek tysięcy kroków rozbrzmiewać może wewnątrz człowieczego ciała? Staczałem się w pustkę. Im szybciej spadałem, tym głośniejszy stawał się mój krzyk. Ale szybkość upadku czyniła go niesłyszalnym. Jeszcze później poczułem, że się rozluźniam. Nabierałem innej konsystencji. Traciłem ciężar. Coraz mniejsza była różnica między mną a powietrzem. Stawałem się powietrzem. Dzięki przyspieszeniu odcieleśniałem się. Spadanie uczyniło mnie lekkim. Ostatecznie stałem się falującym powietrzem.” (Éric-Emmanuel Schmitt – Ewangelia według Piłata)


Mów mi Santiago Amigo…. Santiago w spódnicy mi mów Przyjacielu…

-Syp tym piaskiem! Więcej! Szybciej! Muszę stąd wyjechać! Muszę się wydostać! Jeśli nie wyjadę zwariuję, bardziej niż już jestem szalona! Aniele Boży, Stróżu Mój! Wszechświecie! Daj siłę! Muszę się wydostać. Muszę wrócić do normalności, do siebie.. Bez względu gdzie jest, znajdę ją… Bez względu którędy do niej dojadę- chcę jej jak powietrza! Syp jeszcze! Pod koła, nie opieprzaj się! Noc, nie wiem ile na minusie…. wiatr… śnieg… lód… rozpacz…. pazury zdarte do krwi… I My z Niebieską tuptające, zaklęte w desperacji…

Auto ruszyło z piskiem opon. Pozarzucało od prawa do lewa, zakosami, zakolami.. Górka zdobyta. Nieżyczliwy podjazd za nami… Lód za mną, kila miesięcy za mną… Nieudana próba bycia blisko przy „mojej” Zielonej za mną… Ufff… odetchnęłam tylko… „Jadymy Panie Zielonka”.. Jadymy przed siebie… byle zdążyć do portu… Wyjść z tego snu… wyjechać… otrząsnąć się z tego śniegu co zasypał wszystkie moje „chcę”, „potrzebuję”,”dam radę”… marzenia, które rozwiewał wiatr za każdym razem, kiedy siedziałam nad zatoką i nie wiedziałam już kompletnie co dalej… Myśli targał wiatr… dym z papierosa targał wiatr… a ja siedziałam… jak słup soli. Tępo wpatrzone oczy… bez wyrazu… bez drugiego dna… bez tej zaczepności w spojrzeniu… bez błysku w oku- który był za każdym razem kiedy flirtowałam z życiem…. kiedyś… wcześniej…

Siedzę w aucie… jedziemy… papieros za papierosem…łza za łzą… a z tyłu głowy już rósł uśmiech… powolutku kiełkował niewidoczny… Port… ostatnie odwrócenie głowy… rzucone spojrzenie i myśl… nigdy więcej… nic wbrew sobie… wszystko dla kogoś zapominając o sobie… Nigdy więcej… Muszę uwolnić duszę… muszę zatrzeć ślad… muszę- bo zwariuję do reszty….

Serpentyna za serpentyną, lód przykryty śniegiem… Góry, wąska droga … śmierć w oczach… przepaść za przepaścią… i upór maniaka… musimy zdążyć… Auto sobie, a my sobie… i tylko jakby trzepot nad nami… dojechać… cało… daleko… uciec z tego Alcatraz… wrócić do siebie… wydrzeć to z siebie, zapomnieć…. wyrzucić jak zły szeląg…

Kap,kap… łza za łzą… kropla za kroplą z przygryzionych ust -krwi.. skostniałe palce od zaciśnięcia w pięść dłoni… powolne nabieranie powietrza… płuca skurczone od bezdechu… od zamarcia… Bryza na twarzy, we włosach… przesiąkłam- do szpiku kości… byle dotrzeć do lądu… Zejść.. być.. przypomnieć sobie… Uff… udało się… zima za mną, sztormy za mną… za mną wielkie nic… a co przede mną? Jedziemy… Znajome krajobrazy… A ja jakbym napełniała się na nowo odpowiednim powietrzem… Oddech… jeden… drugi… mantra i zaklęcia… Żądania rzucone w ciemne niebo… i wola… aby powstać z kolan… Gest Kozakiewicza …


Dziś czuję się jak Coelhowski Santiago…

poszłam daleko aby wrócić.. i znaleźć… i wciąż szukać… i znajdować…. Zamieniłam się w wiatr… Czekam na podmuch co przywieje mi zapach mojej Fatimy… Dusza Wszechświata podpowiada mi co ważne w życiu… czym ono jest jest… Alchemik jest w każdym napotkanym człowieku, który uczy…

Król Salem… nawet nie wie, że jest królem Salemem… jest właściwie Królową… Moja D.. To od niej dostałam książkę z dedykacją… „Spełniaj własną legendę…” I poczułam jak mnie napiętnowała… każda literka przeniknęła mnie na wskroś… I zastanawiam się ile tych misji do spełnienia w życiu? Choćby za cenę największych poświęceń….

Dziś mija rok…. od powrotu do żywych… powrotu do siły… powrotu do siebie… powrotu do życia… Dziś wzniosę toast… za moje „chcę” znów… za to, że kochać umiem… że kochana być jednak mogę… za to, że znów w oczach mam ten błysk… że obdarte kolana się goją… że potrafię, że umiem… że ważne… że…. że…. że….. że……. że….. że wciąż stoję wpatrzona w niebo licząc gwiazdy i czyni mnie to szczęśliwą i wiem… że drogę do skarbu odnajdzie tylko serce… bo dalej bije w miejscu gdzie bić powinno… a dupka… jak to dupka… stała się twardsza … ogorzała, okrzepła…. Mów mi Santiago Amigo…. Santiago w spódnicy mi mów Przyjacielu…

dla tych- dzięki, którym jestem jaka jestem…. dla tych, którzy ze mną zdarli kolana i pazury… dla tych co przypomnieli, że niebo nocą oświetlone gwiazdami i księżycem jest moim drugim oddechem… dla tych dzięki którym chcę więcej i… lepiej… dla tych, którzy wierzą, że siła płynie w nas krwią… dla Wszystkich, których kocham…