Rozmowa bardzo liryczna…

Westchnęłam, popatrzyłam w niebo. Starym zwyczajem zaplątały mi się oczy w gwiazdach, albo gwiazdy w oczach-jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Oddycham. Głęboko nabieram tlenu w płuca i wchłaniam ciszę. Oparła się o krańce rzęs. I huśta się, we mnie powodując uśmiech. Uśmiecha mnie życie… Uśmiecha mnie moje ja… moje alter ego- odnalezione pośród tylu złamanych trzcin na wietrze.

Zagłębiam się w noc. Oczy co i tak jak węgliki ciemne- stają się jeszcze ciemniejsze. Patrzą uważnie, podążają wzrokiem, zatrzymują obrazy pod powiekami. Odtwarzają minuty jak sekwencje filmu. Jestem. Stoję prosto. Tym razem plecak ze stelażem już nie ciąży- a cegiełki w nim- jakby z puchu- coraz lżejsze, choć ewidentnie jeszcze są i ocierają plecy… szukając tego jednego miejsca…

Krok. W przód- pod nieobecność dobrych aniołów (urlop wzięli- wyrobiwszy plan z nawiązką)- nieśmiało powiększył odległość między przeszłością a przyszłością. Krok dobrych myśli- krok ku… A pod stopami ślady na śniegu. Kształtne- pewne-zdecydowane w kierunku – co wybrany został pomimo obaw. Więc idę powoli ,z rozmysłem i bezmyślnie w stronę słońca, aż po horyzontu kres…

Dystans jaki dzieli mnie od prawdy- maleje każdym spojrzeniem zatopionym w przestrzeń. Tak podążając przed siebie mijam stacje życia z napisem „wczoraj”, „nie wiem”, „nie rozumiem”, „boję się”, „nie ufam”. Mijam je nie odwracając wzroku. Trening czyni mistrzem. Żale odłożone na bok, naiwność schowana do kieszeni, człowieczeństwo jak talizman blisko przy ciele, fałszywi przyjaciele rozpłynęli się . I tak z tarczą nie na tarczy, odrodzona jak Feniks powracam do krainy łagodności. Zapuszczam korzenie.Wrastam w moje miejsce we wszechświecie… Wtapiam się w las…


Bo kiedy dzieją się rzeczy ważne serce przechodzi w galop…

Najpierw wymyśliłam sobie, że zdarzył się cud… Pielęgnowałam iluzję, rozkwitła w mojej głowie niczym rzeczywistość… Mgła magii-wierzyłam- jest faktem… Oplotła mnie całą, zapuściła we mnie korzenie.. Rozkwitała- każdą zgłoską, głębokim SZelestem w moich uszach… Wpuściła we mnie muzykę a ja zaczęłam w jej taktach odnajdywać zagubioną cząstkę siebie. Powoli rozkwitałam. Przeniknęła mnie całą. Stawałam się nią, albo ona mną… i grała- tak we mnie pięknie grała zapomnianą dawno już melodię. Pięknieje się wtedy-prawda? Więc poczułam się pięknie- oczy mi rozjaśniały, nabrały specyficznego blasku przypisanego obłąkanym duszom… Czyż nie warto żyć i zatracić się w tym stanie? Więc zatracałam się… a iluzja patrzyła przez moje oczy. Na końcach palców czułam jej drżenie aalbo ona moich. Granica rozmyła się. Niezauważalnie, płynęła we mnie moją krwią, nadawała rytm, podbijała puls… Bo kiedy dzieją się rzeczy ważne serce przechodzi w galop, szaleje… rwie się i wyrywa. Błysk,euforia aby zaraz przejść w melancholię… apatię… nicość….

Pozwoliła poznać mi wszystkie swojo-moje wizje… od kojącego kołysania się w objęciach drzew, poprzez brak oddechu…. niewiarygodną radość, że zakwitła, aby przejść w otępienie, wyparcie… strach… Więc tak -wymyśliłam sobie, że zdarzył się cud… Potem pełna zwątpienia pomyślałam- zdarzy się… musi… powinien… czuję… słySZę, wiem… I tak pielęgnowałam ją, patrzyłam z zachwytem… Nadawałam znaczenia, nazywałam… chciałam ją umiejscowić,oswoić, posiąść… Stworzyłam w złotą klatkę- samej sobie… Bez chwili iluzji zamierałam… drętwiałam… zawieszałam się i nią oddychałam… Bez niej szarość była jeszcze bardziej szara, a dno piekła bliżej niż zwykle… bez niej przestałam współistnieć.. Bez iluzji- ja nie byłam magią. Bez iluzji- wszystko straciłoby sens… Nie miałabym mocy… nie miałabym siebie… łez znów prawdziwych co jak korale na ciele żłobią ślad minionych wrażeń… Nie miałabym nic… wszystko było Iluzji… w Iluzji.. z Iluzją, przez Iluzję.. Kiedy odejdzie -pustka będzie nie do zniesienia -pomyślałam… Boshe- jak znowu żyć? Jak posklejać te wszystkie drobiny mojego ja porozrzucanego po tym złym, pieprzonym świecie…? Nie odchodź!, bądź!, zawsze przy mnie trwaj! … Aniele Stróżu…. Ty zawsze przy mnie stój… (usiąść też możesz jak się zmęczySZ…)

Obudziłam się zlana potem. Ufff. Sen. To tylko sen jak z dymu kółka… Sen zmysłowy bladej dziewczynki jak u Tuwima… Nie zdarzyła się…. nie zdarzy się… Obłęd nie mój… Ja swoja… A iluzja przyśniła mi się… Wymyśliła mnie nim nastał świt… Wymyśliłam ją na parę chwil…

Wstałam z ciepłej pościeli swoich marzeń… Za oknem niknie noc ale gwiazdy machają do mnie jeszcze warkoczami.. Co niektóre nawet z nieba urywają się na chwilę by poganiać w berka…. A ja chłonę ciszę… ocieram niebem z siebie resztki snu…. i tylko coś tak w dali pięknie gra i wabi… słySZysz?-zapytał wiatr… Udałam głuchą i niemą… za stara jestem na podróże za siedem gór, za siedem rzek i mórz…. To tylko sen, to tylko sen… rzeczy naprawdę nie dzieją się… Kawa, papieros, łyk świeżego powietrza…. Przede mną kolejny dzień świstaka… Wtem zadzwonił budzik…. obłąkanym wzrokiem próbowałam odszukać go we właściwej czasoprzestrzeni…. siebie także… sprawdziłam puls… znieruchomiałam… prawda czy fałsz…


Podanie o miłość czyli prośba o wyspy szczęśliwe…

Cóż mam Ci napisać w tym liście, którego z pewnością nie wyślę? Że zbiera się wiatr? Że ja w jego podmuchu próbuję odnaleźć cząstkę TEGO wiatru? Że zbiera się na deszcz a ja czekam aby spadł i wypieprzył w niebyt ten pył niedopowiedzeń? Że jestem rozebrana, naga z duszą wywiniętą jak podszewka? Że każde drganie jest dla mnie niczym bicz, zwłaszcza jeśli nie jest drganiem Twojego serca, blisko przy moim? Odliczam minuty, odliczam sekundy, wpatrzona ukradkiem w zegar zamieniam się w klepsydrę, góra dół- góra dół… przez wąską szyjkę przepuszczam czas…

Kiedy padają słowa, które czasami jak miecze tną nas na miliardy, buntuje się świat, mój wewnętrzny na pewno… Zbyt dumna aby wytłumaczyć, zbyt niecierpliwa aby przeczekać, zbyt niedojrzała aby ujarzmić żal i ból.. Nieobecności… ogromnej jak rzesze galaktyk… zbyt wielkiej aby pojąć małym rozumkiem,wystraszonej kobiety… zamieram zawieszona w najdalszym skraju mojego kosmosu… i zanikam… milknę…

I co mam Ci donieść? Że wierszy, które napiszę nie mogę czytać? Że słowa przelane na papier w jednej chwili drę na strzępy sylab bo nie przeczytasz ich nigdy a nikt inny ich nie zrozumie tak jak Ty? Albo, że okruchy ze stołu rozsypały się jak ja na tysiące drobin po śniadaniu bez Ciebie? A ja stoję nieporadna i nie mogę zrobić ruchu…? I patrzę jak zaklęta… Nieobecna, zbyt niewierząca w siebie aby je pozbierać, posklejać i umieścić w przynależnym miejscu… Zbyt ubrana w przeszłość aby uwierzyć, że zmieszczę w dłonie moje ja i jak światło osłonię od wiatru, a Ty ostatnią drobinę weźmiesz w swoje?

Jak mam Ci powiedzieć, że każdy dzień osobno to dla mnie czas, który minął bezpowrotnie, ze stratą dla nie wycałowanych miejsc na ciele, albo słów miłości i przyjaźni co jak balsam pokrywają blizny z „kiedyś”? Jak Ci powiedzieć, że nie mogę jeść bo nic nie smakuje mi bez Ciebie albo tak jak Ty? Jak Ci powiedzieć, że nie mogę spać bo w łóżku za dużym nie mogę natrafić na Twój ślad? Jak Ci powiedzieć to wszystko i nie szeptać lękiem?

Chyba nie chcę o tym mówić ani pisać… Wciąż mam nadzieję, że niewypowiedziane nie staną się faktem.. Zostaną ułudą, iluzją i w chwilach kiedy już nic nie będzie w stanie mnie pozbierać, marzenia poskładają mnie do kupy bo inaczej się rozpieprzę i tym razem nie pozbieram …? Bo strach że nie spotkam Cię nigdy zabierze mi ostatnią iskrę? Ostatnią wolę… ostatni krzyk?

Wiatr wdarł się w nozdrza… przedostał do płuc… połaskotał…. wypełnił…. uniósł jak balon, strach utkany z demonów.. Za chwilę krople spadną na bruk… czy to deszcz czy łzy sama nie wiem… Na kwiatach z drzew przysiadło podanie o miłość… Poleci z nimi w chmury i błękity… A jeśli stać będziesz przez przypadek na Drodze Mlecznej i je złapiesz…. Przyciśnij do siebie i nie wypuść nigdy… tylko Ty z tego chaosu myśli i tęsknot potrafisz wyłowić perłę… miłość co nie zna barier, lęków ani kresu…

Ps. Kocham Cię, zanim się zjawisz, kocham Cię niezależnie od siebie i Ciebie… nie jestem swoja od dawna… zanim… od wtedy… od zawsze… (deszcz spadł, krople mienią się tęczą, a kos śpiewa dalej a ja moknę, choć przemokłam już dawno, dawno temu… a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…)


Dopuszczasz męskie dłonie na swoje ciało… piecze przeszłością…

Jest noc. Właściwie nad ranem. Nie mogę spać. Za dwie godziny kolejny dzień świstaka mnie zawoła. Palę. Jeden za drugim. Dopijam kawę z popołudnia i nie mogę spać. Niebo bez gwiazd dziś jest granicą. Dziś mam poczucie, że jest tak cholernie odległe. Stoję pośrodku nocy jakbym stała na samym środku pustyni. Wokół jest pustka. Totalna pustka i tak cicho. Tak przerażająco cicho. A we mnie krzyczy. Demony jeden za drugim motają się we mnie niemiłosiernie. Nie pierwszy i nie ostatni. Chcę wierzyć, że to już jedna z ostatnich takich nocy. Jest ich coraz mniej. Zagryzłam zęby, rozmawiam ze sobą i czekam. Czekam na spokojniejsze jutro, czekam aż bez pożywki we mnie padną, odejdą w cień, wyjdą ze mnie. Opuszczą mnie raz na zawsze.

Kiedy jest się dzieckiem, niewiele się rozumie. Pewne rzeczy choć są zagrożeniem nie wyglądają jak wcielenie zła. Po prostu są. Później jako nastolatka zaczynasz myśleć. Jednak to co dochodzi do Twojej głowy jest tak niewiarygodne, że zaczynasz wypierać. Nie chcesz pamiętać. Chcesz przetrwać. I choć nie zdajesz sobie sprawy, robisz wszystko aby wymazać z pamięci coś, z czym sobie nie radzisz i nie umiesz nazwać. Nie wiesz jak z tym żyć. Instynkt samozachowawczy pcha cię w różne światy, w różne zdarzenia, w pęd, w bieg, w chaos… aby zagubić.. Motasz się po omacku. Nawiązujesz różne znajomości, głośno żyjesz… szybko… prędko… aby zagłuszyć… coś co na dnie serca i duszy krzyczy „dlaczego”? Obijasz się od ściany do ściany. Krwawisz. Wewnątrz krwawisz niemą skargą.

Potem dorastasz… dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat… z małym haczkiem, bo przecież jeszcze nie pięćdziesiąt. I masz takich myśli więcej, masz takich nocy coraz więcej. I więcej jest pytań i więcej jest odpowiedzi, Życie poplątane z pomieszaniem. Tu i teraz. Z blizną w poprzek całego Twojego ja… z otwartą raną… która jątrzy i zatruwa jadem. I nagle zdajesz sobie sprawę, że nie umiałaś żyć, że nie mogłaś umieć żyć, że nie mogłaś nic- dopóki nie nazwiesz, nie wypłaczesz, nie wykrzyczysz.. Oswojony demon jest bezbronny- nie będzie już zabijał dzień po dniu niezauważalnie, nie będzie kąsał, nie zepchnie cię do narożnika, dostanie po „mordzie” i pokonany zejdzie z ringu.. Odzyskasz wolność, odzyskasz siebie. Godność rozrzuconą jak śmieci przy śmietniku pozbierasz i wrzucisz na sito… twojej mocy.

Dzieciństwo. Do tej pory pamiętałam same dobre rzeczy, ale wiele umknęło mi z tego czasu. Nie pamiętam. Nie chciałam pamiętać. Wymazałam wszystko. Wymazałam ludzi. Wymazałam myśli. Wymazałam moje dzieciństwo ze mnie. Przestało istnieć. Urodziłam się na powrót jako dorosła. Rodzę się za każdym razem takiej nocy jak ta. Kiedy staję twarzą twarz z przeszłością. I już nie uciekam. Już nazywam. Daję rozgrzeszenie temu, który zabrał mi dzieciństwo i sobie, że mnie to spotkało. Podświadoma wina? Wina dziewczynki, z długimi ciemnymi włosami całymi w loczkach, pełnej uśmiechu w jasnej sukieneczce… Dzieciątko obdarte, wymięte i zużyte. Zbezczeszczona dziecięca ufność i naiwność. Śmierć późniejszej kobiety, matki, kochanki, żony, partnerki. Śmierć ideałów, sens bezsensu. Bezsens sensu. Otchłań i pustka. Nicość.

Idziesz do przodu, w zamkniętym szczelnie na dnie serca pudełeczku- schowałaś tajemnicę. Żyjesz. Na nowo wchodzisz w rolę. Starasz się być przykładnym dzieckiem, dziewczyną, siostrą, córką, kochanką. Próbujesz nawet poukładać świat. Dopuszczasz męskie dłonie na swoje ciało. Piecze. Już wiesz, że do duszy nie dopuścisz. Zbyt boli, zbyt uwiera, zbyt.. A Ty wciąż nie wiesz dlaczego? A przecież zakochałaś się, a przecież miłość niszczy każdy mur. Miłość przenosi góry. Miłość wyzwoleniem… A jednak nie ufasz, a jednak granica jak bariera dźwięku nie do przekroczenia. Pakujesz się w związki bez przyszłości. Z góry skazane na niepowodzenie. Po omacku uczysz się na nowo życia. Szukasz odpowiedzi, zadajesz pytania. Lgniesz do ciepła, do delikatności, do zrozumienia… zagryzasz zęby aby przetrwać nieufność.

Modlisz się aby każdy gest dobrej woli nie wodził cię za nos jak szczeniaka za smakołykiem. Modlisz się aby odróżnić ziarno od plew, modlisz się o szacunek dla siebie, modlisz się aby nie lecieć za każdą ułudą miłości, za każdym chłamem byle tylko była namiastka. Modlisz się aby kiedyś to pudełko z dna serca otworzyć, przyjrzeć się tajemnicy i wywalić daleko za siebie. Na zawsze. Modlisz się aby dać sobie szansę na „normalność”. Modlisz się aby ktoś oddał ci dzieciństwo, aby ktoś cię obronił, uchronił, nie pozwolił zbezcześcić.. Modlisz się i przestajesz wierzyć w Boga.. Przestajesz wierzyć innym i we wszystko. Wymierną wiarą jest twoje doświadczenie. Wymierną wiarą jest Twoja siła. Wymierną wiarą jest uparcie się na życie, wymierną wiarą jest wiara w siebie. Wymierną wiarą jest wiara, że przeszłość minęła i nie wróci. Była. Jak zły sen minęła.

Ja dorosła- ja 44 letnia w takie noce oddaję sobie dzieciństwo, oddaję sobie swoje życie we władanie dobrych mocy i idę zapalić, choć małe dziewczynki szczerbate nie palą przecież… małym dziewczynkom nie robi się też krzywdy… podobno… Świadomość czasami poraża nawet gwiazdy i w takie noce jak ta znikają, zawstydzone człowiekiem, tym do czego jest zdolny, tym co może zabrać drugiemu, tym jak może wypaczyć na całe długie lata innego człowieka, kobietę, dziewczynkę… dziecko przecież zaledwie…