Zwierzenia niecnego motyla… czyli jak stracić wszystko na własne życzenie…

Ludzie myślą, że mogą wszystko… że jak już zdobędą to o czym marzyli bądź pragnęli, nie muszą się już starać… bo przecież jest… przynależne… jak własność… A przecież nic nie jest własnością… wszystko to… DAR… Czasami trzeba przejść długą drogę, aby zrozumieć że szczęście jest pod nosem… w nas.. w tych co są obok… Czasami będąc obok widzimy najmniej… najmniej słyszymy… Popadłszy w rutynę, własne schizy, myśli co zatruwają, nie zauważamy, że obok jest drugi człowiek… i że jemu także należy się dokładnie to samo co nam… czyli wszystko co najlepsze… Jak w oku cyklonu nic nie zauważamy… dopiero wychodząc z niego widzimy ogrom zniszczeń, tych co poczyniliśmy sami, albo tych, które poczyniono nam… świat przestaje istnieć, albo jak Feniks rodzimy się z popiołów.. Ludzie są zadufani… ludzie są leniwi, ludzie szukają wytłumaczeń dla swoich zachowań, sądzą że zawsze im zostanie wybaczone… ludzie nie potrafią rezygnować ani poświęcać, ale zawsze im się wydaje że przecież właśnie tak robią… ludzie są zapędzeni w spirale własnych iluzji… dopóki nie stracą wszystkiego… Dlatego jestem motylem.. stałam się nim.. aby odczarować zły los…

Miałam kiedyś niebo w zasięgu rąk… Dom… pachniał ciastem… zupą jarzynową… świeżą kawą… pachniał radością… Był tak jasny, jak jasny jest promień słońca co wpada na nas i łaskocze w nos… Miałam dom ze swoich marzeń… Polubiłam nawet święta… leniwe bądź aktywne niedziele…Byłam szczęśliwa, jak nigdy wcześniej… Przyjaciół co zapadając się w nim… tracili poczucie czasu… Mój dom pachniał miłością… pełen gwaru dziecięcego… muzyki sączącej się z głośników.. pełen namiętnych nocy… od zmierzchu po świt… mój dom był magiczny… zamieszkała ze mną w nim moja wymarzona Magia… wyrywana z dna piekła…

Dni mijały, miesiące, potem lata… Zbyt szybko przyszła rutyna… pewność, że będzie zawsze uśpiła czujność i odebrała rozum… Przestałam podlewać swój ogródek… spokojem i dobrocią… ciszą i miłością… tym wszystkim co najwartościowsze w ludziach, tym co zamiast krwi płynie w moich żyłach… Zaczęłam się dziwić skąd ugór skoro ja się staram… Przyszedł cyklon, potem tornado, tajfun… zmiatało wszystko co było w zasięgu rąk, oczu… zwłaszcza serca… Tym tajfunem byłam ja… zaczęłam się bać, że odejdzie… że nie kocha… że jeśli zjawi się ktoś lepszy niż ja… to nie zastanowi się ani chwili… Dzielenie włosa na czworo było standardem… Moje schizy wzięły górę… moje lęki zjadały mnie od środka, moje kompleksy miały ostre kły… Zabijałam ją dzień po dniu, marudzeniem, męczeniem, awanturami. Potem przepraszałam, obiecywałam poprawę… Nie zawsze dotrzymywałam słowa… Najpierw siadała na skraju łóżka i się kiwała… czekając aż mi przejdzie monolog… bo ja przecież musiałam się uzewnętrznić do końca… nie umiałam odpuścić i nie kończyć… Potem był etap ucieczki w sen… nie zawsze możliwy… bo mnie nie powstrzymywało nic… potem przyszedł etap walki ze mną… a potem… Magia odeszła… i zostałam ja… moja schiza… i żal…

Mój dom rodzinny nie dał mi bazy… nie był opoką… nie nauczono mnie żyć… Do czasu mogło to być wytłumaczeniem…ale potem… nadchodzi nasza dojrzałość… nasze decyzje… nasze wybory… Należy wyciągać jakieś wnioski… uczyć się na błędach, nie powielać ich… nie zapętlać się na znanym piekle…

Agresja budzi agresję… patologia powiela patologię…… DDA, mama domina , strata pracy… odejście mojej Babci… problemy ze zdrowiem… depresja… i kilka mniejszych lub większych demonów.. zmiotło mój szczęśliwy świat z powierzchni ziemi.. Płakałam i rozczulałam się nad sobą… to znów kłóciłam się z Niewidzialnym… Wszyscy byli winni tylko nie ja… Straciłam wszystko… wyłam do księżyca… Wciąż winiłam Magię… tylko nie siebie.. Próbowałam odzyskać swoje życie… lecz było już za późno… Ogrom krzywd przerósł ogrom dobra… zaczęła się nienawiść… tylko ona pozwalała przetrwać rozrywający ból…


Musiało minąć kila lat…

Musiałam przejść wiele dróg… spotkać wielu ludzi… posłuchać wielu słów… zwłaszcza tych gorzkich… by zdać sobie sprawę, jak skrzywdziłam bardzo.. i nie ważne że kiedyś ktoś skrzywdził mnie… Byłam nadzieją na spokój… na miłość , radość i szczęście… Zaufano mi na krawędzi… I… nie dźwignęłam zaufania… zabrałam w dwójnasób.. Zapomniałam, że związałam się ze skrzywdzoną bardzo przez ludzi, przez życie Wrażliwą Kobietą… Magią.. która potrzebowała zrozumienia, ciepła, spokoju i kilku centymetrów własnej przestrzeni… W zamian oddała mi całą siebie, psychicznie i fizycznie… wierząc, że znalazła swoją magię..

Trudno jest nieść to poczucie przez życie… trudniej tym bardziej… że sama przed sobą nie chciałam się przyznać co zrobiłam… Zdeptałam swoje Niebo… własnymi buciorami je zabłociłam i ściągnęłam z premedytacją na ziemię… oddając się we władanie swoim schizom… nie patrząc na nią… patrząc tylko przez pryzmat swoich nieszczęść i żali… gdybym tak mogła cofnąć czas… gdybym miała ten rozum co teraz… być może moja Magia była by szczęśliwa… i ja byłabym dalej jej Magią…

Dziś… przyjaźnimy się… pomimo że odeszła ode mnie, związała się z kimś innym, te wszystkie lata byłyśmy połączone… firmą, znajomymi… jedną ulicą… tylko zamieszkaną po dwóch stronach… Nie umiemy żyć ze sobą… ale wychodzi na to że bez siebie też… Przeprosiłam ją po kilku latach… po kilku latach powiedziała mi co w niej siedziało… dopiero potrafiłam o tym posłuchać i przez chwilę pomyślałam że musiałyśmy być dla siebie ważne… bardzo ważne… skoro dziś jest tak jak jest… i jak bardzo musiało boleć… jak wielki musiał być żal…

Ludzie są ułomni… ludzie zapędzają się bezrozumnie w kozi róg… sami… na własne życzenie z Nieba robią piekło… a wystarczy tylko się zatrzymać… i pomyśleć… że bardziej kochamy naszych partnerów/partnerki niż nas samych… i że tak naprawdę to ich szczęście jest dla nas najważniejsze… bardziej niż nasze (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku) bo właśnie ich KOCHAMY…

Dlatego jestem motylem,staję się… chcę być motylem… chcę z zaczarowanego ogrodu… wypuścić trochę magii …. być szczęśliwą i uszczęśliwić… dziś już to wiem… jeszcze to muszę sprawdzić w praktyce… Nigdy nie jest za późno… ale może być o jeden krok za daleko… o jedno słowo za dużo… o jeden gest za mało… o jedną bliznę za mocno… Wyryłam w sercu… jak mantrę powtarzam…. nic się nie dzieje bez przyczyny i wszystko ma swój skutek… nigdy więcej piekła na ziemi… walnij głową w mur… zanim…. Ostatnio szukałam nagrobki bydgoszcz i strona Doradcy znakomicie mi podpowiedziała co, jak i gdzie kupić w Bydgoszczy.


Szukam kropel… szukam deszczu

… bez parasola… czyli gdzie pójść gdy nosi duszę….? A kiedy tak nosi, to gdzie pójść? Przed siebie? Gdzie jest to „przed siebie”? Czy w tym „przed siebie” dojdę do Ciebie? A jeśli tak, to Kim jesteś? Gdzie jesteś? Jak Cię znaleźć? A jak znajdę czy zdołam zatrzymać? A jak zatrzymam… czy będę Cię uśmiechać?

Odmierzam czas spojrzeniami. Biciem serca skracam minuty. Odległość jak i wieczność jest jak zawsze pojęciem subiektywnym. Pojęciem i odczuciem. Staram się nazywać, nadawać formę, barwę, zapach, smak. Umiejscawiam w czasie i przestrzeni. A kiedy już wydaje mi się, że trafiłam na właściwą drogę, odradzam się w sobie małym dzieckiem. Z jednej strony nie wiem nic, z drugiej- ufnością tego małego dziecka, przemierzam metr za metrem, krok za krokiem w nadanym przez Los kierunku. Byle chociaż dotknąć, otrzeć się o wrażenie, mgnienie zatrzymać pod powieką i… żyć…

Gubię się pomiędzy drzewami lasu myśli, tracę orientację, to znów wracam na właściwy tor. I idę. Nie patrzę na nic, może tylko pod stopy, aby nie rozdeptać niczego po drodze co piękne, wartościowe i co tak jak ja chce „być”… Mam w głowie chaos informacji. Tysiące pytań, tysiące odpowiedzi, a w oczach drogę, kierunkowskazy. Gdzieś trzeba wydeptać siebie, dokądś dojść. Gdzieś zarzucić kotwicę , gdzieś odnaleźć siebie…

Siebie… Jak wygląda „siebie”? Wiem, że ma uśmiech na twarzy. No chociaż powinno przynajmniej mieć… Pewność wyborów, nadaje rytm marszu… Wola i moc jak dwaj strażnicy przeznaczenia prowadzą niestrudzenie przez dni. Spokój. Wszechogarniający spokój mówi mi, że jest coraz bliżej. Dokądś… przed siebie… do siebie… dokąd? Gdzie jest „dokąd”, którędy?… Czy na pewno przed siebie, to właściwy wybór w tym akurat czasie? A może prawo, lewo…?

I kiedy tak nosi, tak rozsadza od środka, zabiera oddech, to jak przystanąć w miejscu by chwilą nieopatrzną nie przegapić tego czegoś? Właściwego, jedynego, niepowtarzalnego, magicznego, wyjątkowego w każdym calu? Jak to zrobić, pomiędzy którym łykiem wina?…