Motyl w ostrogach… choćby bosy…

Nosi mnie. Nosi mnie w górę, w dół, w poprzek i pionowo, dookoła mojej osi i poza nią. To jest ten moment, kiedy moja dusza ( i nie tylko) potrzebuje radykalnych posunięć ( dosłownie i w przenośni ). Zaczyna mnie uwierać nawet moja własna skóra. Tak bym ją rozpięła, wywinęła na lewą stronę, wywietrzyła. Albo założyłabym nową, bo ta choć niby wraz ze mną ewoluuje, to coś za ciasna się robi a nie nabrałam kilogramów szczęścia, wręcz przeciwnie- coś tam ubyło. I przeszkadza mi, uwiera niemiłosiernie.

Jestem z natury leniwcem z gatunku wygodnickich. Nie lubię się spinać, wszędzie zdążę, mam czas, luuuuzik. Nie cierpię presji jakiejkolwiek, czyjejkolwiek, gdziekolwiek… Tak mam od urodzenia. A jeśli już mnie jednak dopadnie, wymyślam wszelkie możliwe patenty aby ją zmniejszyć, ominąć, udać, że nie widzę i że nie dotyczy mnie a i tak zrobić swoje.

Ale jak „to swoje” zrobić teraz? Poczuć wiatr w skrzydłach albo chociaż we włosach? Zobaczyć blask w źrenicach i ten szelmowski półuśmiech przypięty jakby od niechcenia, kiedy patrzę w lustro? Czuję presję upływającego czasu, stagnacji, dni przeżywanych jak ten przysłowiowy świstak. Denerwują mnie, drażnią, wypełniają niechęcią. Nudzą swoją powtarzalnością. Czuję się jak na przymusowych wczasach w Ciechocinku. Sic! A turnus mija, a ja niczyja Koniec wczasów- zwłaszcza umysłowych ! Pogimnastykować też się mogę… czemu nie… nawet specyficznie

Najchętniej odszukałabym swoje ostrogi, bo gdzieś pod tą niechcianą toną gruzu znikły z mojego pola widzenia i przestały już mnie nawet wołać, mówić do mnie… ” a pamiętasz?, choćby boso, ale zawsze z nami…” A więc cóż, rękawy do góry i kopiemy… gdzieś tu muszą być… Kopię i kopię a po nich ani słychu ani widu.. no żesz wa mać! Co za piękny taniec pośród ruin… prawie jak z szablami… Nagle jak nie przydzwonię kostką o kostkę, jak nie jęknę… są- znalazły się… były wciąż na nogach… tak samo jak ja zapętlone w marazm… znudzone , cichutkie… no bo jak wyglądałby świstak w ostrogach???? Bo motyl to już co innego, motyl może wszystko, może mieć nawet serce na plecach, więc tym bardziej ostrogi… powinien bynajmniej aby był w zgodzie ze sobą.

Otrzepuję skrzydła z kurzu… Wzmaga się wiatr… jak nic- coś od tego trzepotu pierdyknie… Jak efekt motyla to efekt motyla. Z przytupem i w podskokach bo przecież mnie nosi… uwiera, gna… I tak pójdę daleko,albo całkiem blisko… Rozepnę się ze skóry albo nawet z duszy, odetchnę, wespnę się na szczyty… przypomnieć sobie, że cieszę się życiem… że chcę bynajmniej… że ja to wciąż…


Kochajcie mnie czyli proteza rzeczywistości…

Ostatnio wyczytałam, że internet to taka proteza rzeczywistości, która pozwala przekraczać osobiste ograniczenia. W sieci (ale przecież nie tylko) człowiek pokazuje się takim , jaki chce być- takie „ja” idealne dające (często złudne) pojęcie innym ( ale nam także), że jest to „ja” realne”. Ni mniej ni więcej mistyfikacja nas samych. Naszych pragnień, myśli, emocji, zachowań, przeżyć. Kreacja bajki albo kreacja tragedii- zależy kto ma jakie braki w swoim życiu. To taka fabuła jak z książki- napędzana naszą potrzebą akceptacji, zrozumienia, uwielbienia, uwagi i wszystkich tych potrzeb, dzięki zaspokojeniu których, mamy poczucie… no właśnie czego?

Tak mało człowieka w człowieku- jak cukru w cukrze.. Tak mało prawdy w nas samych- kłamiemy nawet sami przed sobą i tworzymy- zafałszowany obraz wyidealizowanego ja- albo cierpiętnika- nad losem, którego pochylają się wszyscy ze współczuciem. I chłoniemy słowa jak gąbka i chłoniemy jak gąbka czyjeś emocje. Nawet osoba z nierzeczywistego świata internetu w przypadku interakcji choćby wirtualnych, wywołuje w nas doznania, myśli, refleksje, złość, bunt, radość, euforię, i całą gamę emocji przypisanych doświadczaniu przez człowieka. Ale my ją wywołujemy także. Tworzymy zafałszowany obraz siebie- ze strachu przed odrzuceniem… Ile trzeba siły, samozaparcia, hartu ducha, na ile trzeba się lubić – aby nie poddać się temu i mieć to zwyczajnie kolokwialnie rzecz ujmując w czterech literach? Oszukujemy też innych i nagle okazuje się, że jestem jaki jestem – a ktoś miał inne wyobrażenie i nasz obraz w sobie? Po co?

Ano… kochaj, lub, szanuj, podziwiaj- napełnij moje ego mocą…ech… Przestaliśmy rozmawiać. Przestaliśmy upijać się kubkami śmiechu wypijanymi w doborowym towarzystwie bliskich ludzi. Przestaliśmy być uważni. Przestaliśmy się cenić- albo zbyt się przeceniamy. Konfrontacja realnego świata z wymyślonym bywa zabójcza.. Wyimaginowane prawdy życiowe o nas samych padają jak ruiny twierdz pod ostrzałem armatnim… a miały być nie do ruszenia… a jednak…

Co się z nami stało? Po co ludziom iluzje o samych sobie- czy tak właśnie podnosimy swoją samoocenę? Tu nas nikt nie zweryfikuje? Tu nasza autoprezentacja w naszych oczach wypadnie korzystnie? Dobrze ocenią nas ? A może zgubiliśmy wiarę w to, że autentycznie jesteśmy wartościowi- albo nie chcemy aby ktoś zobaczył w nas ostatniego skurczybyka? Pytań tyle ilu ludzi- a odpowiedzi jeszcze więcej bo i wahań przy udzielaniu ich jeszcze więcej…

Boimy się prawd o nas czy może nie zgadzamy się z tym co osobie sami myślimy? A może myślenie w taki właśnie sposób o nas samych , pociąga za sobą lawinę takich a nie innych zdarzeń, takich a nie innych ludzi wokół siebie? Błędne koło, które samo się napędza… a podobno perpetuum mobile nie wynaleziono- a jednak… człowiek to zdolna bestia- tylko ma problem z wyciąganiem wniosków…


Czy jest gdzieś miejsce, gdzie jesteśmy prawdziwi?

Czy istnieje miejsce i ludzie przy których możemy być sobą? Czy istnieje czas idealny na naszą moc i słabość? Czy jest gdzieś granica naszych kompleksów i ograniczeń? Czy warto trzymać przy sobie klakierów od szczęścia, czy lepiej wśród przyjaciół dostać kubeł zimnej wody na głowę- ale wiedząc, że zawsze przy nas będą- bez względu na to ile mamy- a podstawą tylko lojalności i przyjaźni będzie bogactwo duszy i spojrzenie na świat oczami dziecka? Ilu z nas chce to zrozumieć? Ilu z nas nie boi się tego co wyjdzie nam z refleksji?

A przecież jesteśmy tym kim jesteśmy. Ludźmi. Kochamy, lubimy, szanujemy ale i potrafimy znielubić. Z całą pewnością lepiej nie nienawidzić, bo jad zabija nas a nie tego kogo nie cierpimy. Mamy wady i zalety. Mamy odkryte i jeszcze ukryte talenty. Potrafimy rozbawić ale i zmusić do myślenia. Potrafimy ocenić ale i wesprzeć. Potrafimy wszystko. Nosimy w sobie zalążki wszystkiego co przypisane rodzajowi ludzkiemu. To od nas zależy, co wypłynie na zewnątrz i pośród jakiego oceanu ludzkiego przyjdzie nam z tym dryfować po bezmiarach życia. To od nas zależy czego szukamy i co znajdujemy. To od nas będzie zależeć, czy lotem sokolim zdobywamy niebo, czy z uporem maniaka wkopujemy się w głąb – prostą drogą do przysłowiowego piekiełka.

Życzę nam- Ludziom- aby ceniąc prawdę- pozostać tym kim jesteśmy bez strachu, że opuszczą nas wszyscy. Bo Prawdziwi zawsze przy nas zostaną- a fałszywi zawsze znajdą chwilę i sposób aby dać po nosie. Akceptacja nie wypłynie z innych- jeśli nie zaakceptujemy siebie. Jesteśmy samospełniającą się przepowiednią… jej treść zależy tylko i wyłącznie od nas samych…

Jestem wdzięczna za wszystkich ludzi spotkanych na mojej drodze, za wszystko to, co dane było mi poznać, poczuć i doświadczyć. Za wszystkie straty i porażki także, bo one uczą- choć efekty nauki przychodzą czasami bardzo późno i objawiają się w najmniej spodziewanym czasie i miejscu, ale objawiają się LUDZIKAMI, którzy nie będą patrzyć tylko na nasze niedoskonałości ale swoją miłością i przyjaźnią przeniosą nas z punktu A do punktu B w życiu- podczas pięknych podróży w głąb siebie…

Kocham te moje ziemskie i nie tylko Anioły… bo są… po prostu są… edit: „Pokochać wszystko w sobie” wcale nie znaczy „pozwolić sobie na wszystko…” tak dla jasności…


Całe życie jest teatrem…

Całe życie jest teatrem. Pisząc to nie mam tu jednak na myśli odgrywania ról – a uznanie całego życia ludzkiego jako pola działania- wielotorowego i bardzo różnorodnego. Tyle teatrów ilu ludzi. Tyle różnorodnych zdarzeń, nastawień, doświadczeń itd. -tego co warunkuje nas – tym kim jesteśmy i jacy jesteśmy i w końcu jak wyrażamy się światu.

Ten blog jest zapisem moich myśli i zdarzeń, w których chciał czy nie chciał brałam udział- jest krzykiem bądź śpiewem mojej duszy i serca. To nie powieść ani scenariusz do żadnego filmu. Świat rzeczywisty (a czasami nie bo nie i już:P ) czterdziestoletniej z „hakiem” (wciąż małym) baby-kobiety-dziewczyny-człowieka. To mój punkt widzenia świata.To moje zwycięstwa i porażki. Doły i pokonane góry. To ja- zapłakana i roześmiana, pogodna i „wqurzona”. Ufna bądź nie. Każda ja ale z wyłączeniem mnie jako literatki

Nie predestynuję do nagrody NIKE ani innych prestiżowych mniej bądź więcej. Nie zważam na formy jakiekolwiek ani środki wyrazu. Nie dobieram ich szczególnie, nie piszę po kilka razy, nie zmieniam. To co jest na blogu powstaje z potrzeby chwili. Tu i teraz. Siadam i piszę, bo właśnie to czują teraz moje opuszki palców klikające w klawiaturę. Nie tworzę, nie manieruję. Jedno co mnie dłużej zatrzymuje- to dobranie słów- do tego o czym piszę- ludzi mądrzejszych ode mnie, stąd cytaty, które zapadają się we mnie i odbijają echem. Po prostu je cenię.

Lubię malować biedronkom nosy w tęczę, słonecznikom dodawać piegów. Lubię używać słów jak malarz pędzla- tu „ślaczek”, tam „ślaczek” i wyjdzie ślimaczek Bywam euforyczna, entuzjastyczna, eufemistyczna kiedy zadufanego w sobie życiowego barana nazywam Kosmitą nie chcąc go mimo wszystko urazić- bo nie jestem od oceniania. Kto wie czy mając na sobie jego buty i jego drogę życia za sobą- nie byłabym taka sama? O miłości i uczuciach mówię wieloma słowami- bo wiele mam ich do dyspozycji. To tak jakby na palecie mieć gamę kolorów a do malowania muszę użyć czarnego i białego= a więcej nie bo nie wypada albo będzie zbyt pretensjonalne, albo naruszy czyjś schemat.